Tygryska Leosia i liczenie pasków
Głęboko w ciepłej, gęstej dżungli, gdzie księżyc rzucał na ziemię srebrne paski światła, mieszkała sobie mała tygryska. Miała na imię Leosia. A tego wieczoru Leosia była o wiele za bardzo rozbudzona, żeby zasnąć.
Cały dzień się bawiła. Goniła motyle wśród paproci. Chlapała się w chłodnej rzece z braćmi. Ćwiczyła skok na wielkim, miękkim liściu i nauczyła się wspinać odrobinę wyżej na stare drzewo figowe. To był najlepszy z możliwych dni — tak pełny i tak ekscytujący, że teraz, zwinięta w kłębek przy mamie, Leosia wciąż miała myśli, które wirowały i wirowały.
„Nie mogę zasnąć, mamo — powiedziała, wiercąc się. — W głowie mi tak bzyczy”.
Jej mama, wielka i łagodna tygrysica, przygarnęła Leosię do swojego ciepłego, pręgowanego boku. „To zróbmy razem coś spokojnego — zamruczała. — Policzmy twoje paski. I przy każdym pasku przypomnimy sobie jedną miłą rzecz z dzisiaj”.
„Policzyć moje paski?” — zdziwiła się Leosia.
„Paski każdego tygrysa są wyjątkowe — powiedziała mama. — Zacznijmy”. Dotknęła czubkiem łapy pierwszego miękkiego paska na grzbiecie Leosi. „Jeden… motyle wśród paproci”.
Leosia uśmiechnęła się na to wspomnienie. „Dwa — szepnęła — chlapanie w chłodnej rzece”.
„Trzy — zanuciła mama, wolno i nisko. — Ciepłe słońce na futerku”.
„Cztery… nauka wspinania na drzewo figowe”.
Pasek po pasku liczyły, powoli i łagodnie w ciemności — a przy każdej miłej rzeczy, którą sobie przypominały, Leosia robiła się odrobinę cieplejsza, odrobinę cięższa, odrobinę spokojniejsza. Bzyczenie w głowie ucichło. Wirujące myśli osiadły, cichutko jak spadające liście.
„Pięć… moi bracia… — mruknęła Leosia. — Sześć… mama…”.
Ale zanim doszły do siódmego paska, oczka małej Leosi już się zamknęły, a jej oddech zrobił się wolny i głęboki. Otulona ciepłem maminych pasków, z całym dniem pełnym miłych rzeczy zebranych łagodnie wokół niej, mała tygryska smacznie zasnęła.