Mały Lis i srebrny księżyc
Na skraju lasu, w przytulnej norce ukrytej pod korzeniami starego dębu, mieszkał mały lis o imieniu Filip.
Przez cały dzień Filip miał mnóstwo zajęć. Rano ścigał się z wiatrem przez łąkę — i prawie zawsze wygrywał. Później skakał przez strumyk, raz, drugi, trzeci, aż woda chlapała wesoło na wszystkie strony. Bawił się w chowanego z zającami, liczył motyle nad kwiatami i pomagał jeżowi zanieść do domu wielkie czerwone jabłko.
Ale gdy słońce chowało się za drzewa i las powoli układał się do snu, Filip miał pewien kłopot. Wszyscy wokół robili się senni — a on wciąż nie mógł się uspokoić. Cały ruchliwy dzień jeszcze w nim wirował, jak liście porwane wiatrem.
Pewnego wieczoru zza wierzchołków drzew wyjrzał srebrny księżyc — duży, okrągły i łagodny.
"Popatrz, mały," — powiedział cicho, — "jak las układa się do snu. Pokażę ci."
Filip usiadł na miękkim mchu i spojrzał w górę. Księżyc odetchnął powoli, a niebo łagodnie okryło się gwiazdami, które migotały cicho i sennie.
"A teraz ty," — szepnął księżyc. — "Weź powolny wdech."
Filip wziął wdech — powoli i głęboko, jakby wąchał nocne kwiaty. Potem zrobił jeszcze wolniejszy wydech. Poczuł, jak jego łapki robią się cięższe.
"Jeszcze raz," — powiedział łagodnie księżyc.
Filip oddychał dalej, wolno i spokojnie. Z każdym oddechem ruchliwy dzień odpływał coraz dalej, a oczy stawały się coraz bardziej senne.
Zasypiały wysokie drzewa. Zasypiał cichy strumyk. Zasypiała rosa na trawie. W pobliskiej norce już posapywał mały zając.
"Dobranoc, Filipie," — szepnął księżyc i naciągnął na las cienką srebrną chmurkę niczym kołderkę.
A mały lis zwinął się w ciepły kłębek w swojej przytulnej norce — i słodko zasnął.