Mała rakieta Stella i ciche gwiazdy
Stella była najmniejszą rakietą na całym kosmodromie i ach, jak bardzo lubiła pędzić!
Przez cały dzień śmigała w górę, w ciemnogranatowy mrok, okrążała srebrny Księżyc i machała do planet. Ścigała spadające gwiazdy — i prawie, prawie wygrywała. Rysowała ogonem gwiezdnego pyłu wielkie zawijasy i robiła powolne salta, tak po prostu, z radości.
Ale gdy nad kosmosem zapadała noc i wszystkie małe rakiety miały odpoczywać, silniki Stelli wciąż buczały. Bzz, bzz, bzz. Dzień był tak pełen wrażeń, że nie potrafiła się wyłączyć.
Stara mądra gwiazda zauważyła, jak rakieta miota się tu i tam, nie mogąc się uspokoić.
"Maleńka," powiedziała gwiazda łagodnie, świecąc miękko i ciepło, "odpocznij przy mnie. Popatrz na ciche gwiazdy."
Stella podleciała bliżej i zawisła obok. Wokół niej gwiazdy jedna po drugiej przygaszały swoje światło do miękkiego, sennego blasku. Całe niebo się uspokajało, jakby ktoś wygładzał wielką kołdrę.
"A teraz, mała rakieto," powiedziała gwiazda, "wyłącz swoje jasne silniki. Już ich nie potrzebujesz."
Stella wyłączyła silniki. Głośny huk ucichł do delikatnego szumu.
"Dobrze. A teraz powoli wypuść obłoczek gwiezdnego pyłu."
Stella wypuściła mały, błyszczący obłoczek. Popłynął w ciemność jak maleńka srebrna chmurka. Wypuściła kolejny, wolniejszy. I jeszcze jeden, całkiem powolny.
Z każdym miękkim wydechem jej silniki buczały ciszej. Jasne światła przygasały do ciepłego, przytulnego migotania. Pełen wrażeń dzień odpływał daleko, daleko po niebie.
Księżyc zaciągnął na twarz cienką chmurkę. Planety obracały się powoli i cicho. Cały kosmos stał się spokojny i łagodny.
"Dobranoc, Stello," szepnęły ciche gwiazdy wokół niej.
I najmniejsza rakieta na kosmodromie popłynęła cicho pośród nich, a jej gwiezdny pył opadł jak kołderka — i wreszcie zasnęła szczęśliwa i głęboko.